Plany planami, a życie życiem i choćbym chciała, znalezienie czasu na pokazanie procesu powstawania sukienek dla Matyldy okazało się niewykonalne. Doba jest po prostu za krótka, żeby ze wszystkim zdążyć.
Za to teraz będzie wszystko w pigułce.
Samo szycie zajmuje naprawdę niewiele czasu w porównaniu z wykańczaniem sukienek. Mówię o tych konkretnych sukienkach, gdyż sukienka do tańca dowolnego z tamtego roku, gdzie naszywałam elementy była o wiele bardziej pracochłonna.
Naklejanie dżetów to zabawa na kilka wieczorów (lub poranków jeśli ktoś woli).
Trzeba ułożyć każdy dżet, a na nierównym materiale kamyczki wesoło przeskakują przy najmniejszym jego drgnięciu, więc najlepiej w miarę możliwości materiał dobrze naciągnąć i przypiąć szpilkami.
Wycięcie spódnicy z cienkiego szyfonu też wymaga sporo cierpliwości, aby więc wszystko lepiej się trzymało i nie jeździło, szyfon przypięłam do podkładki. Mam taka specjalna podkładkę, która jest miękką jak styropian, tyle, że nie sypia się z niej kuleczki.
Z koronki, która została doszyta jako druga warstwa spódnicy powycinałam kwiatki i przyszyłam na górze sukienki.
Odcięcie spódnicy i góry sukienki oddziela pas błyszczących dżetów.
Niebieskie cekiny wklejone w środki kwiatków ożywiły je znacząco, a dżety dodały blasku.
Tak sukienka prezentuje się na Matyldzie. Na razie mam tylko zdjęcia w sukience do tańca dowolnego. Zdjęcia w sukience do tańca obowiązkowego jeszcze do mnie nie dotarły.
Oczywiście nie chodzi o letnie sukienki, bo na nie już za późno, ani karnawałowe, bo raczej do niczego mi się nie przydadzą, ale o Tyldzine kiecki potrzebne w nowym sezonie sportowym.
Całe metry materiałów już czekają na swoją kolej.
Powstaną z nich sukienka do tańca dowolnego i trzy (może dwie) do tańców obowiązkowych.
Wycięłam już body, które posłuży mi jako baza do szycia.
Tylda do tańca obowiązkowego wybrała sobie kolor fioletowo różowy:
Dół sukienki chciałam uszyć z szyfonu, ale Matylda upiera się przy tym samym materiale co góra sukienki. Zobaczymy jak to będzie wyglądać w praniu.
Pierwsze zawody już za niecały miesiąc, więc wkrótce pojawia się kolejne sprawozdania z szycia... chyba, że Tysia nie dostanie pozwolenia od lekarza na powrót na lód :/ Mijają już dwa miesiące jak pojawiła się kontuzja i oprócz wypoczynku nic więcej nie da się z nią zrobić. Natura musi sama zadziałać.
Przeglądając stare zdjęcia w albumie, odnalazłam wszystkie fotki sukienek i spódniczek, które uszyłam na potrzeby treningów i zawodów. Szyłam je nie tylko dla Matyldy, ale również na zamówienia dla koleżanek Matyldzi. Nazbierało się tego całkiem sporo, pokazywałam je dawno temu na moim starym blogu, ale sama miałam trudności z odlezieniem ich w natłoku innych prac. Pomyślałam, że warto trochę je odkurzyć, bo to właśnie te sukienki są moją wizytówką. Wszystkie szyte są wg moich pomysłów i projektów lub wg życzeń klientek. Szyjąc je nie korzystałam z żadnych wykrojów. Zdjęcia nie zawsze w najlepszej jakości, bo i sprzętu odpowiedniego nie miałam i wtedy jeszcze nie prowadziłam bloga, wiec pstrykałam, aby mieć jakaś pamiątkę, a nie żeby pokazywać je publiczności.
Pierwsza spódniczka została uszyta, kiedy Tylda stawiała swoje pierwsze kroki na lodzie pięć lat temu?
Później szybko uszyłam drugą z białej lekko połyskującej lycry. Spódniczka została ozdobiona brązowym kwiatkiem i koralikami. Do dnia dzisiejszego kolejna dziewczynka w niej jeździ, więc widać, że jest nie do zdarcia.
Następnie uszyłam na zamówienie jednej z mam, spódniczkę prawie identyczna jak pierwsza z zaprezentowanych tutaj.
Kolejna trafiła w ręce koleżanki Matyldzi.
Miałam wielki sentyment do niej, bo bardzo mi się podobała i ciężko było mi się z nią rozstać. Ale wiem, ze długo i dobrze służyła nowej właścicielce, a później trenowała w niej kolejna dziewczynka.
Przez kolejny rok Matyldzinych treningów, Tylda wolała jeździć w spodenkach i przestała domagać się spódniczek, aż do czasu pierwszych zawodów. Było to dla mnie przeogromne wyzwanie, bo nie dość, że nigdy wcześniej nie szyłam podobnych strojów, które podlegają ścisłym wymogom regulaminowym, to trenerzy też narzucili mi swoją wizję całkowicie odmienną od mojej, ale na szczęście ostatecznie nie zaprotestowali gdy uszyłam tę. Matylda jeździła wtedy do mixu rockowego z lat 50-tych.
Kolejny rok, muzyka to "Marsz turecki" i inna sukienka. Sukienka do dnia dzisiejszego pożyczana innym dziewczynkom i ciesząca się sporym wzięciem ;)
Do tańca obowiązkowego:
Gdybym ją szyła teraz, uszyłabym ją ciut inaczej.
W tym samym sezonie sportowym zostałam poproszona o uszycie trzech sukienek dla koleżanek Tyldy.
Pierwsza z nich do tańca dowolnego o tematyce cyrkowej. Zaprojektowała ją mama dziewczynki. Góra sukienki była szyta na overlocku natomiast cały dol szyłam ręcznie. Materiał z cekinów nie chciał poddać się żadnej obróbce i modelowaniu. A mama dziewczynki miała wizję, że spódnica ma się ładnie rozkloszować. Ciekawe jak tego dokonać z ciężkim materiałem, który przy probie robienia zakładek, czy plisowania tworzył brzydkie wybrzuszenia? W końcu wpadłam na pomysł, żeby uszyć spódnicę z klinów. BINGO! Chociaż i to zadanie okazało się trudne, ale efekt został osiągnięty. Dla lepszego układania się spódniczki, pod spod zostało wszyte kilka spódniczek z tiulu.
Niestety to był dopiero początek problemów z sukienką, bo na lodzie okazało się, że sukienka przytłacza sylwetkę dość niskiej dziewczynki. W pasie trzeba było doszyć klin, który optycznie wydłużyłby tłów. I znowu szycie ręczne, dopasowywanie paska, tak żeby nie ściągał materiału z cekinów... To była najdroższa kiecka jaką szyłam gdyby przeliczyć godziny spędzone nad szyciem na pieniądze.
W następnej kolejności powstała sukienka do tańca obowiązkowego, również szyta na zamówienie. Pani, która ją zamawiała pokazała mi oryginał i poprosiła o uszycie podobnej. W czasie szycia dysponowałam jedynie zdjęciem, bo oryginał był tylko wypożyczony do oglądnięcia. Po prawej stronie (ciut lepiej widać to na drugim zdjęciu) jest doszyta krótsza spódniczka, która w ruchu bardzo ładnie się układała.
Dziewczynka wyglądała w niej prześlicznie, ale mama wcale nie była zadowolona. Wtedy strasznie mnie to zabolało, bo kopia w najmniejszym stopniu nie odbiegała od oryginału, pomijając dżety, ale to był wybór mamy.
I tak sobie myślę, że w tym roku uszyje coś podobnego dla Matyldy do Ten Stepa.
I ostatnia z sukienek, które tutaj na blogu nigdy nie pojawiły się, to sukienka do walca, również szyta na zamówienie, która jest jedną z moich ulubionych kreacji.
Pozostałe sukienki można znaleźć tutaj na blogu, a pewnie wkrótce pojawia się nowe, bo nowy sezon tuż, tuż.
Pozdrawiam słonecznie i bardzo wiosennie Kamila
P.S.
Tylko proszę nie myśleć, że wyciągam starocie, bo nie mam niczego nowego do pokazania. Ależ mam, tylko wzięło mnie na wspominki.
Nowy sezon na lodowisku wymagał nowych sukienek. Zaprojektowanie i uszycie sukienki do tańca dowolnego było sporym wyzwaniem, począwszy od projektu, skończywszy na zamawianiu materiałów. Najpierw okazało się, iż inna dziewczynka z klubu, na dodatek w tej samej grupie wiekowej co Matylda, miała podobny projekt sukienki, w takich samych kolorach i sukienka została już zamówiona u krawcowej, chociaż po uszyciu okazało się, iż daleko jej było do tej, którą wymyśliłam. Trudno, narysowałam inny projekt, tylko, że zdobycie koronki i lycry w pasujących do siebie kolorach okazało się niewykonalne. Przeglądnęłam internet i znalazłam kolejne natchnienie.
Dobrze, że szycie poszło sprawnie, choć zajęło prawie dwa tygodnie.
W tym roku Tylda jeździ do piosenki "Concerto pour deux voix" śpiewanej przez Clémence Saint-Preux i Jean-Baptiste Maunier, którego głos pokochała odkąd obejrzała film "Pan od muzyki" ("Les choristes"). Swoją drogą świetny film z piękna muzyką, piosenkami, które na długo pozostają w pamięci oraz ze wzruszającą fabułą.
Zamówienie materiału również nastręczyło sporo kłopotów, bo na przesyłkę czekałam ponad trzy tygodnie w przeciwieństwie do jettów, które zamówione jednego dnia o godzinie 13, następnego dnia rano znalazły się w mojej skrzynce pocztowej, a czas do pierwszych zawodów zbliżał się w tempie błyskawicznym.
Sukienka była gotowa na dwa dni przed zawodami.
Użyte materiały: fioletowa błyszcząca lycra, lycra w kolorze jabłkowo-zielonym, fioletowy i jabłkowo-zielony woal, lycra w kolorze naturalnym, jetty w 6 odcieniach - po trzy w odcieniach zieleni i trzy w odcieniach fioletu, flamaster do tkanin w kolorze czarnym, farba 3D do tekstyliów z brokatem w kolorze zielonym, farba do tekstyliów w kolorze srebrnym, srebrny brokat, cekiny w odcieniach zieleni i fioletu.
Druga z uszytych sukienek, która będzie wykorzystana do walca i do fokstrota czyli dwóch z trzech tańców obowiązkowych nie nastręczyła aż tylu niemiłych niespodzianek.
Użyte materiały: różowy welur, lycra w kolorze naturalnym, woal w kolorach ciemno i jasno różowym, cekiny w kolorze różowym, oraz jetty w trzech odcieniach różu.
Na dole pierwszej warstwy spódnicy wszyłam żyłkę, aby dół się ładniej układał. Wykorzystałam żyłkę nr 10, ale powinna być znacznie, znacznie grubsza, żeby efekt był jeszcze lepszy.
Trzecia sukienka, która została uszyta w tamtym roku, ale nie była ani razu wykorzystana, też się przyda w tym sezonie do "Pas de 14", trzeciego z tańców obowiązkowych.
W tamtym roku pokazywałam ją na wieszaku, w tym mogę wreszcie pokazać na modelce.
Użyte materiały: granatowa lycra, resztki różowej lycry, różowy tiul, srebrna farba do tekstyliów, srebrny brokat, różnej wielkości jetty.